Harriet Tyce- Krwawa pomarańcza

krwawa Harriet Tyce- Krwawa pomarańcza
Kategorie:
Wydawnictwo:
Przeczytane:
Ocena:
Liczba stron: 288

Z rożnych względów szukamy mocnych bodźców. Czasem chcemy odreagować, poczuć to oszałamiające działanie adrenaliny. Innym razem mamy ochotę zapomnieć o  szarej  rzeczywistości dnia codziennego. Tak jak w przypadku większości stymulantów- problem pojawia się w momencie przedawkowania...

Allison nie ma prawa być nieszczęśliwa- ma kochającego męża, śliczną córeczkę, satysfakcjonującą pracę i piękny dom. Na obrazku  perfekcyjnego życia pojawia się rysa... Ambitna pani mecenas wikła się w brudny romans z wysoko postawionym przedstawicielem palestry. Szczęście uśmiecha się do Allison- po latach harówki w końcu otrzymuje sprawę morderstwa. Zamiast skupić się na toczącym postępowaniu, głowę zaprząta jej myśl o SMS-ach od tajemniczego szantażysty. Była bardzo ostrożna, a mimo to komuś dane było poznać jej  największy sekret...

Może zasmuci was fakt, że w tej książce nie da się polubić żadnego z głównych bohaterów. Dręczona wyrzutami sumienia Allison nie radzi sobie w roli  niewiernej małżonki. Carl idealnie wpasowuje się w schemat skrajnie niedowartościowanego, zazdrosnego o sukcesy żony męża. Dla odmiany- Patrick to kochanek- buc,  któremu zależy wyłącznie na dobrej zabawie w łóżku. Może i jestem nieco szalona, bo szczerze zaciekawiła mnie cała ta trójca. W tej książce nie ma  co szukać pozytywnych postaci- są za to targani namiętnościami egoiści. Czy  to źle? W żadnym razie- co  jak co, ale czarne charaktery potrafią bezbłędnie podkręcić akcje i  tak właśnie było w tym przypadku. Harriet Tyce należy do miłosiernych pisarek, które wierzą w  moc transformacji charakteru.

Tutaj nie chodzi o morderstwo- proces karny  stanowi tło całej historii. Prawdziwe show rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami. Może nie podglądałam spektaklu przez dziurkę od klucza, ale niestety było mi dane poznać  stanowisko tylko jednego z głównych bohaterów. Ku mojej rozpaczy obserwowałam świat oczami  Allison- skruszonej matki, niewiernej żony, żałosnej kochanki. Co mnie wkurzało najbardziej?Kuriozalne zagubienie w zagubieniu narratorki. Taka dość ograniczona perspektywa literacka do pewnego stopnia mnie przytłoczała- głównie przez skrajnie bezmyślne  zachowanie Allison. Miałam mieszane uczucia względem głównej bohaterki, ale to  Carl swoimi przerysowanymi psychopatycznymi poczynaniami doprowadzał mnie do apopleksji. Nie przepadam za mężczyznami, którzy pompują sobie ego kosztem słabszych. Po początkowych turbulencjach w końcu poczułam to charakterystyczne flow i zrozumiałam clue wizji Tyce. Pisarka świadomie postawiła na psychopatologię w wersji  hard. W książce nie zabrakło również wzbogacających fabułę mrocznych akcentów, które tak uwielbiam. W trakcie ostatniej sceny  dosłownie opadła mi kopara z wrażenia- nie spodziewałam się tak mocnego finału.

Nie jest to  prosta historia, ale ma w sobie taką charakterystyczną lekkość. Scenariusz może i nie porywa innowacyjnością, ale w przedziwny sposób wciąga. Klocki niby powoli się układają, żeby na końcu nieuchronnie runąć. Historia może i trąci banałem, ale widowiskowe zakończenie rekompensuje wcześniejsze niedostatki. Tyce udowodniła, że pozornie niewymagająca  opowiastkam okazać się  całkiem elektryzującym scenariuszem.  Nieważne jak się zaczyna ważne jak się kończy. Polecam!